Szyszka – nowy członek naszej rodziny, czyli jak adoptowaliśmy psa

Dziś wyjątkowo nie napiszę o podróży, wycieczce, ani leśnej wyprawie, choć temat jaki chcę poruszyć, to właściwie też podróż – przez życie – z nowym członkiem rodziny… Ale zacznę od początku…

Mamy troje dzieci. Dwóch starszych synów, to już dorośli ludzie, studiują, pracują, mieszkają w wynajętym mieszkaniu. Z nami został najmłodszy z całej trójki,  8-letni Grześ. Między nim, a braćmi jest spora różnica wieku – 15 i 13 lat. Tak więc Grzesiek, to taki nasz ostatni jedynak. Przynajmniej tak się czuje…

I odkąd zaczął mówić, zawsze chciał mieć jakieś zwierzątko…  My już w swoim życiu mieliśmy wiele zwierząt domowych. Były rybki, żółwie, chomiki, szczurek, kot,  a gdy starsi chłopcy byli mali nabyliśmy królika miniaturkę. Królik żył z nami ponad 10 lat. Pożegnał się ze światem jakoś krótko po narodzinach Grzesia, więc Grześ już go nie pamięta. Po króliku stwierdziłam, że nie chcę mieć w domu już żadnych zwierząt. I tak mijały kolejne lata.

Jednak Grześ nie odpuszczał i temat psa albo kota systematycznie powracał. Zaczęłam się nad tym poważnie zastanawiać. Kuba – mój mąż – ciągle mi powtarzał, że Grześ nie odpuści i trzeba będzie w końcu podjąć decyzję: kot, czy pies… 😉

My dużo wyjeżdżamy, podróżujemy, spacerujemy, wędrujemy…. Kot w naszym przypadku kompletnie nie wchodził w rachubę… I tak ostatecznie padła decyzja o adopcji psa…

Dlaczego adopcja, a nie zakup z hodowli? Bo stwierdziliśmy, że jeśli już zdecydowaliśmy się na psiaka, to niech to się chociaż czemuś przysłuży… Niech będzie to obustronna korzyść: zarówno dla nas, jak i dla zwierzęcia.

Od tej chwili zaczęliśmy dowiadywać się o procedurach adopcji, jak zacząć, gdzie szukać, itp. No i wybuchła epidemia korona wirusa, która zatrzymała wszystko, ale nie nasze poszukiwania…

Okazało się, że wcale nie tak łatwo jest adoptować psa. To dość żmudny i czasochłonny proces, który w naszym przypadku zajął około 3 miesięcy.

Zgłosiliśmy się do schronisk, fundacji, przytulisk. Wypełniliśmy i wysłaliśmy kilka ankiet przedadopcyjnych.  Ankiety także nie są proste, niekiedy mają po 5-8 stron, a pytania są bardzo szczegółowe i czasami trudne. Odpowiadaliśmy zgodnie z naszą wiedzą i przekonaniami. Ale i tak nic z tego nie wynikało. Odzewu na ogół nie było, albo pieski już były nieaktualne.

Druga rzecz, którą muszę tu zaznaczyć, że adopcja psa, to po prostu casting i wyścig, kto pierwszy, ten lepszy. Po kilku tygodniach poszukiwań i różnych zwrotów akcji, już byliśmy tego świadomi…

Po kilku tygodniach intensywnych działań straciliśmy nadzieję. Mieliśmy moment zwątpienia… Zaczęliśmy się nawet zastanawiać, czy to wszystko nas nie zaczęło przerastać, że prościej byłoby po prostu iść i kupić sobie pieska… Ale ostatecznie nie zrezygnowaliśmy…

Oczywiście mieliśmy swoje preferencje, co do pieska: chcieliśmy młodego, niedużego, aktywnego (bo dużo chodzimy) i przyjaźnie nastawionego do dzieci. Uruchomiliśmy wszystkie nasze kontakty. Znajomi i przyjaciele zaczęli podsyłać nam linki do psiaków do adopcji z okolic Poznania.

I tak w końcu, w czerwcu, dotarło do nas ogłoszenie o Szyszce. To była akcja błysk. Szybka decyzja, szybka reakcja, telefon i od razu pierwsze spotkanie z Szyszką w domu tymczasowym, gdzie przebywała na kwarantannie. Wiedzieliśmy już (nauczeni doświadczeniem), że nie możemy zwlekać, bo kolejny fajny psiak za chwilę będzie już niedostępny.

Szybko umówiliśmy się na spotkanie, na którym Szyszka skradła nasze serca J . Już wiedzieliśmy, że to właśnie ona będzie nowym członkiem rodziny. Po powrocie zrobiliśmy naradę rodzinną (także ze starszymi synami, którzy również są zaangażowani w opiekę nad psem). Wszyscy byli za! 🙂

Wypełniliśmy i wysłaliśmy kolejną ankietę. Potem Szyszka przyjechała wraz z opiekunkami do nas do domu. Obwąchała każdy kąt, wymościła się na naszej kanapie… I już wiedzieliśmy, że będzie u nas szczęśliwa 🙂

Po obowiązkowej kwarantannie w końcu odebraliśmy Szyszkę i przywieźliśmy do domu. Kupiliśmy niezbędne akcesoria, zaopatrzyliśmy się w odpowiednią karmę. Kolejnym krokiem było zrobienie ogrodzenia na działce, tak, by Szyszka mogła sobie swobodnie biegać, bez strachu, że gdzieś ucieknie.

Szyszka jest z nami od ponad tygodnia. Jest super psem. Cały czas poznajemy się i uczymy siebie nawzajem. Już wiemy co ją niepokoi, co drażni, a co cieszy. Chodzimy na długie spacery do lasu, na wybiegi psów, poznajemy bliższe i dalsze okolice. Zaznajamiamy ją z innymi pieskami, naszymi znajomymi i ich dziećmi. Zauważyliśmy, że ona bardzo to lubi, jest przyjaźnie nastawiona do prawie wszystkich i wszystkiego 🙂

Szyszka ma dużo ruchu, ale też po intensywnym wysiłku dużo spokoju. Lubi być koło nas. Lubi, gdy jesteśmy blisko. Lubi zabawy piłką i maskotką. Uczymy ją różnych zachowań, a ona jest bardzo pojętą uczennicą. Do nauki wykorzystujemy smaczki, które uwielbia 🙂

Nasz cały rodzinny świat zaczął żyć na nowo. Wiele się dzieje. Szyszka wniosła w naszą rodzinę dużo radości, pozytywnych emocji, szczęścia, jeszcze więcej ruchu i aktywności. Zaczęliśmy poznawać nową przestrzeń, o której do tej pory nie mieliśmy pojęcia  – świat psów i ich właścicieli. To bardzo ciekawe doświadczenie. Wiele się uczymy. To niesamowite, ile radości może wnieść w nasze życie , taka mała rozczochrana istotka 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego naszego małego szczęścia. Dziękuję za wiedzę, którą się z nami dzieliliście, za porady, za rozmowy, za wszystkie linki do psiaków adopcyjnych. Dziękuję za wsparcie, miłe słowa, za wszystko!!! 😀